STORIA

LIBAN, KRAJ BLISKI SERCOM POLAKÓW. Prasówka sprzed lat. Część I

0

Questo articolo è stato scritto in polacco. Puoi tradurre questa pagina web automaticamente nella tua lingua con Google. Se ti serve aiuto consulta la guida: Modificare le lingue di Chrome e tradurre pagine web.

Liban – kraj, który w okresie II wojny światowej oraz przez kilka lat po jej zakończeniu dawał schronienie wielu polskim uchodźcom, zmaga się z długotrwałym kryzysem politycznym, społecznym i bankowym. Pandemia COVID-19 oraz potężny wybuch w porcie w Bejrucie w dn. 4 sierpnia 2020 roku, pogorszyły jeszcze jego sytuację. Wyjątkowo tragiczne położenie kraju, który obdarzył Polaków przyjaźnią i serdecznością, wymaga naszej reakcji. Z wdzięczną pamięcią za okazaną gościnę, w dowód solidarności z narodem libańskim, przypominamy kilka archiwalnych artykułów opublikowanych w latach 1944-46 na łamach „Parady” – Dwutygodnika Ilustrowanego Armii Polskiej na Wschodzie. W pierwszej części „Prasówki sprzed lat” zamieszczamy opisy życia w obozach i osiedlach polskich uchodźców, w drugiej – relacje z działalności polskiego środowiska akademickiego w Bejrucie.

REDAKCJA

“MAŁA POLSKA” W LIBANIE

PARADA nr 19 (63) z dn. 9 IX 1945

Żaden naród nie został bardziej doświadczony w wojnie z Niemcami, niż Polacy. Warszawa i wiele innych miast zostało zniszczonych, mieszkańcy – prześladowani, rozproszeni. Trudno ustalić dokładne liczby, mogące stwierdzić, jak wojna dotknęła naród polski, jako całość, ale jedno jest pewne, że z przedwojennej ludności, liczącej 36 milionów, 5 milionów straciło życie, inne 5 przebywa na obczyźnie.

Wielu Polaków uszło na Środkowy Wschód, gdzie od narodów Sprzymierzonych otrzymuje wydatną pomoc. Poważna część przebywa w Iranie, inna znowu – zamieszkała w Egipcie, Palestynie, Syrii i Libanie. Setki dziewcząt znajdują się od dwóch lat w szkołach PSK i w gimnazjum w Nazarecie, gdzie ich wykształcenie jest pogłębiane w warunkach najzupełniej pokojowych; podobną troskliwością otaczani są chłopcy, uczniowie szkół kadetów. Gdziekolwiek, w którymś z miast Środkowego Wschodu, ujrzycie te dzieci, zawsze odznaczają się żywością, schludnością i inteligencją. Jasne, że zdecydowany wysiłek łożą czynniki polskie, aby zrobić wszystko, co są w stanie, dla odbudowy kraju, dla utrzymania i pomnożenia swych wiekowych tradycji, swej wiedzy i kultury.

Kilka dni temu odwiedziłem małą wioskę libańską, która prawie zmieniła się w maleńką Polskę. Za zgodą i pomocą rządu libańskiego, został założony polski ośrodek, liczący 500 osób. W malowniczej okolicy i w pokojowej atmosferze, żyją kobiety, starcy, dzieci.

Wioską tą jest Chazir [Ghazir], położony w górach, około 25 mil na północo-wschód od Bejrutu. Mieszkańcy nie mają potrzeby opuszczać swej wioski, gdyż są dostatecznie dobrze zagospodarowani na miejscu. Komitet załatwia wszelkie sprawy, dzieci uczęszczają do szkół, czynna jest własna restauracja.

Udzielając informacyj o osiedlu, oficer polski powiedział, że składa się ono głównie z ludzi starych i podrastających, ponieważ młodzi, kobiety i mężczyźni, znajdują się w szeregach.

«Ta wioska została wybrana dla osiedla – powiedział – ponieważ znajdowało się tu wiele pustych domów, opuszczonych przez mieszkańców głównie podczas ostatniej wojny, z powodu dotkliwego braku żywności. Nie pozwalamy przybywać nowym uchodźcom, zanim domy nie są odpowiednio przygotowane do zamieszkania. Poza tym odnowiliśmy nieco domów w sąsiednich wioskach, ponieważ oczekujemy uchodźców, których liczba sięgnie zapewne tysiąca dwustu.»

Zapytany co do pieniężnej sytuacji uchodźców, oficer powiedział, że każdy z uchodźców, otrzymuje 100 funtów syryjskich miesięcznie. Około 40.000 funtów syryjskich wydają uchodźcy na zakupy w wiosce, około 10.000 – na zakupy w sklepach Bejrutu.

Trzydziestu kilku studentów znajdowało się w ostatnim roku na wydziale medycznym Uniwersytetu Francuskiego, zaś około 100 cywilów, przeważnie kobiet, uczęszczało na uniwersytety, amerykański i francuski. W Chasir około 70 dzieci uczy się w szkole powszechnej, 50 – w szkole średniej. Wykładają nauczyciele Polacy. Obowiązkowe są języki obce.

Podczas mojej przechadzki po wiosce, widziałem dwustu lub trzystu ludzi wychodzących z kościoła. Są to przeważnie katolicy i modlą się w kościele maronickim. Był to typowy obraz parafian, opuszczających kościół w niedzielny poranek we wiosce angielskiej. Wszyscy byli odziani w najlepsze ubrania, a dzieci – niektóre w białych lub barwnych sukniach – kroczyły statecznie z swoimi rodzicami. Niektórzy ze starszych nosili parasole, ponieważ dzień był upalny i słoneczny. Jedna z dziewczynek, wyglądająca powabnie w stroju łowickim, próbowała zachować poważną minę, widząc, że jej sukienka jest przedmiotem zazdrosnych spojrzeń. Czyniła to z wielkim wdziękiem.

Odwiedziłem szkołę. Dzieci były nieobecne z powodu święta, ale mimo to zauważyłem, że wiele dokłada się tu starań, aby dźwignąć ich wykształcenie na jak najwyższy poziom. Ściany poszczególnych klas były ozdobione obrazami i rysunkami, z których wiele mogło służyć za przykład osiągnięć szkoły.

W jadłodajni można otrzymać dobre jedzenie po niskich cenach. Stołownicy korzystają z dużego wyboru potraw, szczególnie typowo polskich, podawanych w atmosferze czysto domowej.

Dużo dzieci libańskich tej wioski nabyło powierzchownej znajomości języka polskiego i na odwrót – wielu uchodźców potrafi porozumieć się po arabsku. Oba narody, mimo znacznych różnic, żyją z sobą blisko i w największej zgodzie.

To pewne, że ci Polacy, którzy od roku 1939 szli drogą niedoli i cierpień, spoglądają w przyszłość z największym męstwem, zdecydowani zachować chwalebne tradycje, które znamionowały naród polski od wieków. Nigdy nie zapomną wojny, która tak surowo obeszła się z nimi, ale mimo to idą naprzód, ku przyszłości, pełni nadziei i wiary.

Nie zapomną także nigdy, gdy ich dzieci i wnuki wrócą – nadejdzie czas – do Polski, gościnności i przyjaźni, jakimi ich obdarzał naród libański.

Capt. E. Leets

„UCHODZTWO POLSKIE W LIBANIE” KORESPONDENCJA WŁASNA PARADY – JAN KIELEWICZ

W Libanie przebywa obecnie większa liczba uchodźców polskich. Niebawem ilość ich wzrośnie do paru tysięcy. Polscy uchodźcy przybywają z Iranu, a częściowo i z innych krajów Środkowego Wschodu.

Polacy spotykają wiele życzliwości, przyjaźni i zrozumienia zarówno ze strony władz republiki jak i ludności.

Poniżej drukujemy reportaż specjalnego wysłannika „Parady” Jana Kielewicza oraz artykuł prof. St. Kościałkowskiego o historii stosunków polsko-libańskich w przeszłości. Dziś Liban staje się największym skupiskiem uchodztwa polskiego w Środkowym Wschodzie.

PARADA NR 1 (71) z dn. 1 stycznia 1946

Rozrzutnie rozproszyła nas wojna po świecie. Rozstaliśmy się z Krajem, rozbiegli po obcych ziemiach. Uchodztwo nasze zajmieszkuje obecnie wszystkie części globu ziemskiego, od Meksyku poprzez Afrykę i Indie aż do odległej Nowej Zelandii. Wszędzie, garściami, rozsiał Polaków wir wojny, zatrzymał – nielitościwszy od niej pokój. Dorastają dzieci z obrazem Polski, wyczytanym z podręczników, dogasają starcy w tęsknocie za tym, co nie doczekało się spełnienia.

Do wielu krajów, które przemierzył nasz uchodźca, przybył nowy – Liban. Kraj kultury chrześcijańskiej, zamknięty obwodem islamu. Chrystianizmu, wchłonionego za czasów Apostolskich i zachowanego przez wieki w niedostępnych klasztorach, kościołach, dumnie sięgających nieba ze szczytów skalistych wierzchołków, kultywowanego w sercach i zbożnych obyczajach ludności malowniczych wiosek. Kraj ten obdarzył Polaków gościną, przyjaźnią, serdecznością.

Polski ruch uchodźczy datuje się w Libanie od jesieni 1944 roku.  Dzięki staraniom dra Zygmunta Zawadowskiego – posła pełnomocnego R. P. przy rządzie libańskim i dziekana korpusu dyplomatycznego – oraz obsady poselstwa można obecnie urzeczywistnić życzenia części naszego uchodztwa i osiedlić ją w Libanie. Warunki klimatyczne, dogodniejsze niż w Iranie, chrześcijański charakter kraju, przyjazny stosunek władz administracyjnych i mieszkańców pociągają uchodźców. Poza tym – co nie jest bez znaczenia – Liban jest krajem «in bounds» dla żołnierzy, urlopowanych w celu odwiedzenia rodzin.

We wrześniu 1942 roku przebywało w Libanie 11 uchodźców i 16 studentów-medyków. Ci ostatni, przeważnie odkomenderowani z wojska lub obozów palestyńskich. W ostatnich miesiącach 1943 roku grupa studencka liczyła już 77 osób. Ta grupa awangardowa wszczęła uwieńczone powodzeniem starania o przeniesienie tu swoich bliskich, czym dała zaczątek większemu napływowi uchodźców. Na początku 1945 kolonia polska osiągnęła niespełna 500 osób i 144 studentów.

Polonia libańska liczy obecnie około 2700 osób i 300 studentów. Do końca stycznia przyszłego roku wszyscy Polacy z Iranu, z wyjątkiem nieznacznej grupy, zostaną przetransportowani do Libanu. Wtedy liczba uchodźców wzrośnie znacznie, tak że wg. wstępnych obliczeń, dzieci w wieku szkolnym będzie około 1200, zwiększy się, rzecz jasna, i ilość studentów.

Transport Polaków z Iranu odbywał się dotychczas samochodami (angielskie towarzystwo NEARN), obecnie zastosowano kolejowy – via Bagdad, przez Turcję do Aleppo. Transport jest zorganizowany na lwiej części trasy przez odziały brytyjskie North Levant. W Aleppo oczekuje przybywających komisja polska z ramienia delegatury MP i OS i placówki Biura Pomocy Rodzinom Wojsk. w Bejrucie. Ostatni transport (432 osoby) przybył 26 listopada.

Sześć kilometrów od Bejrutu, na wybrzeżu opodal plaży San Simon znajduje się obóz przejściowy dla uchodźców przybywających z Iranu, zbudowany przez Anglików. Pomieścić może około 300 osób. Przebywają w nim uchodźcy do czasu rozmieszczenia ich po osiedlach, co trwa zazwyczaj 2 – 3 tygodni. Rzędy namiotów, kilka baraków (kaplica, świetlica), placyk do gier, no i – kuchnia, łazienki, sklepik – wszystko, co tworzy dobrze urządzony obóz przejściowy. Namioty posiadają podłogę z płyt betonowych, łóżka, stoły i niezbędne urządzenia. Opiekę ogólną nad uchodźcami roztacza urzędnik delegatury, medyczną – siostra PCK. Dzieci otrzymują zabawki: piłki, łopatki, skakanki. Nadzór nad sierotami nie jest dostateczny, co należy tłumaczyć przejściowym charakterem obozu, a może i brakiem poświęcenia ze strony starszych, dysponujących aż nadto wolnym czasem.

Podkreślenia wymaga życzliwy stosunek władz angielskich, wykazujących pełne zrozumienie i uwzględniających wszelkie potrzeby uchodztwa. Urzędnicy «Treasury Committee of Polish Questions» to ludzie dobrej woli. Konsul gen. A. Watkinson, Dowódca Bryt. Wojsk Teryt. gen. Pilleau, płk. Hodges, na którego subarea znajduje się obóz, oraz mjr Grews czynią wszystko, co leży w ich mocy, dla ulżenia doli naszego uchodztwa.

W Libanie znajdują się obecnie cztery osiedla polskie: Ghazir, Zauk Michael, Ajaltun i Bdadoun. We wszystkich zastosowano gospodarkę indywidualną, praktyczniejszą od systemu obozowego. Uchodźca otrzymuje 12 f. szt. (105 funtów libańskich) i na każde dziecko – 11 f. szt. zasiłku miesięcznie. Poza tym korzysta z bezpłatnej opieki lekarskiej i świadczeń natury ogólnej, bez których – przy panującej drożyźnie – trudno byłoby wyżyć samodzielnie.

Najbardziej typowym ze wspomnianych osiedli jest Ghazir – najdawniej założony i dzięki temu najlepiej urządzony. Ghazir – mała wioska górska – położony jest 28 km od Bejrutu na płn-zach od Juni, około 600 m ponad poziom morza, na pochyłości pnącego się uskokami terenu zbocza. Posiada piękną panoramę na zatokę junijską i rozległy widok na okoliczne wzgórza, a także na klasztor Beit Cheszban, w którym Słowacki napisał «Anhellego». Z dala – białe domki Ghaziru giną w gęstwie lasu sosnowego i zieleni. Ze szczytowego punktu rozkłada ramiona nad wioską olbrzymia figura Chrystusa.

Napływ uchodźców do Ghazir rozpoczął się od 12 stycznia 1945 r.; przygotowania trwały od września roku ubiegłego. Domy posiadające wolne mieszkania, przeznaczone dla letników, wynajęła delegatura MP i OS, odremontowała i umeblowała. Uchodźcy przybywali po 25 osób tygodniowo. Każda rodzina lub osoba samotna otrzymywała pokój, skromnie wprawdzie, ale schludnie i gustownie urządzony. Osiedle, początkowo przeznaczone dla 300, zamieszkuje obecnie 600 osób, w tym młodzieży szkolnej – 154, mężczyzn, którzy przekroczyli pięćdziesiątkę – 80. Ta mała społeczność składa się z inteligencji, przeważnie z kategorii rodzin wojskowych.

Samotni a także ci, którzy nie mają czasu zajmować się kuchnią, korzystają ze stołówki, wydającej obiady po cenie kosztów (1 f. lib.) Obiady smaczne, pożywne. Z przydziału mąki, wynoszącego 10 kg miesięcznie na osobę, osiedle wypieka chleb we własnej piekarni. Chleb ten jest częściowo odsprzedawany mieszkańcom Zauku. Śniadania i kolacje muszą wszyscy przygotowywać we własnym zakresie. Produkty żywnościowe można nabywać w wioskowych sklepach, aczkolwiek po cenach dość wysokich. Gorzej przedstawia się kwestia ubraniowa: ludzie donaszają ubrania dawne, nabyte w Iranie. Kupienie czegoś nowego, zwłaszcza butów, jest trudnym zagadnieniem.

Wśród uchodźców, rozporządzających wolnym czasem, ujawnia się tendencja do porzucenia bierności i pokierowania swym losem przez wykazanie inicjatywy prywatnej i społecznej. Istnieją kursy zawodowe i mniejsze warsztaty pracy. Na kursy języków obcych (francuski i angielski) uczęszcza formalnie 120 osób, na kursy księgowości, robót artystycznych i introligatorstwa – razem 80 osób. Istnieje kilka pracowni: szwalnia ornatów i szat liturgicznych, szyjąca bezpłatnie dla naszych nowowyświęcanych księży i szwalnia zwykła, w której panie szyją swoje suknie; 5 maszyn do szycia rozdzielono po wsi. Niedawno temu ktoś bardziej przedsiębiorczy założył prywatną spółkę masarską, czym przyczynił się do ulepszenia i potanienia wyrobów mięsnych. Kiełkuje myśl założenia sklepu spółdzielczego, która zapewne wkrótce doczeka się urzeczywistnienia.

Osiedle nie posiada izby chorych, natomiast czynne jest ambulatorium. Opiekę medyczną roztaczają: lekarz, lekarz-dentysta i pielęgniarka. W aptece pracują dwie panie – magisterki farmacji. Na ogół śmiertelność jest niska: w ciągu roku istnienia osiedla zmarł jeden, podeszłego wieku uchodźca. Dotkliwy jest brak kąpieliska, szczególnie w porze zimowej, gdy z pobliskiego (6 km) morza niesposób korzystać. Władze angielskie przyrzekły uwzględnić to żądanie. Bardziej dokuczliwy jest brak opału i – co gorsze – pieców w domach. Naftowe piecyki, zakupywane przez uchodźców, nie na wiele mogą się przydać. Ze światła elektrycznego, z powodu słabego prądu, można korzystać dopiero od godz. 9 wieczór.

Położenie domów, rozrzuconych po terenie, połączonych galeryjkami schodów, utrudnia wzajemny kontakt mieszkańców. Ciąży to na życiu społecznym osiedla. Uchodźcy spotykają się zazwyczaj przed biurem kierownictwa, w oczekiwaniu poczty i gazet, bądź na imprezach, urządzanych często w dość przestronnej świetlicy.

Życie kulturalne nie przedstawia się jeszcze zbyt budująco. Biblioteka w Ghazir posiada zaledwie 500 książek polskich i kilkadziesiąt w językach obcych. Książki polskie – to rzeczy klasyczne, ogólnie czytelnikom ghazirowskim znane, i nieco wydawnictw 2 Korpusu. W świetlicy wala się trochę przestarzałych czasopism. Przeciętnie raz w tygodniu wygłasza w świetlicy odczyt któryś z przyjezdnych z Bejrutu prelegentów.

Ghazir posiada szkołę powszechną, gimnazjum i liceum. Sale szkolne – proste, udekorowane częściowo pracami artystycznymi uczniów. Nauka odbywa się w godzinach rannych. Przyborów szkolnych dostarcza delegatura ministerstwa WR i OP. Siły nauczycielskie – fachowe, wybrane spośród uchodztwa. Dzieci są dożywiane; zimową porą otrzymują gorące śniadanie. Szkoły – to najbardziej budująca część osiedla. W otoczeniu sztubackim i atmosferze rekreacyjnego gwaru, wizytujący ulega zupełnemu złudzeniu, że znalazł się w Kraju, w polskiej szkole, gdzieś w jakiejś podwarszawskiej czy podwileńskiej mieścinie.

Stosunek ludności miejscowej do uchodźców nacechowany jest życzliwością. Libańczycy żywo interesują się egzotycznymi dla nich przybyszami. Chętnie uczestniczą w uroczystościach polskich. Na sklepach wiszą szyldy i widnieją napisy w języku polskim. Dzieciarnia, polska i libańska, gwarzy swobodnie jakimiś makaronizmami, powstałymi z łatwiejszych wyrazów obu języków. Niektóre jednak dzieci polskie władają dobrze arabskim, a niektóre dzieci libańskie mówią znośną polszczyzną. U najmłodszych zbliżenie stanowczo nie nasuwa problemów.

Podobnie przedstawia się położenie i w pozostałych trzech osiedlach. W założonym dwa miesiące temu Zauku ma się mieścić ośrodek szkół średnich, ewakuowany z Ispahanu wraz z gronem nauczycielskim i składem uczniów. Wioska ta, położona 18 km od Bejrutu na drodze do Ghazir, wznosi się 200 m ponad poziomem morza i jest zaledwie dwa km odeń oddalona. Malownicze ustronie, ukryte w sosnach i płaczących wierzbach. Opodal znajduje się wspaniała rezydencja patriarchy maronickiego, od wschodu dominująca nad wybrzeżem statua Patronki Libanu (Madonna du Liban). Osiedle znajduje się w stanie organizacji, zamieszkuje go obecnie 600 uchodźców. Została tu założona szkoła powszechna, w przewidywaniu – liceum ogólnokształcące i liceum krawieckie, a także internat dla sierot i dom dla starszych, samotnych mężczyzn. Zauk jest przeznaczony dla rodzin z dziećmi.

Ajaltoun – 15 km od Zauk, 900 m nad poziomem morza, z rozległą panoramą na najwyższe szczyty Antylibanu, położony jest na płaskowyżu. Mieszka w nim 500 osób, przeważnie ludzie starsi wiekiem. Są tu nowsze domy, niż w Ghazirze. W projekcie – założenie szkoły powszechnej. Około 15 km od Bejrutu znajduje się czwarte osiedle polskie – Bdadoun, w którym zostaną ulokowani samotni i rodziny bezdzietne. Ilość uchodźców – obecnie około 500 osób.

W Bhamdoun mieści się szpital dla chorych płucnych (Polish T. B. Hospital). O nim – innym razem.

W osiedlach panuje zrozumiały nastrój tymczasowości. Trudno się zaaklimatyzować, zadomowić, gdy się odbiega myślą gdzie indziej. W tym tkwi tragizm uchodźczego położenia. – Co dalej? – nurtuje każdego z osobna. Mimo przeciwności, wszyscy pokładają nadzieję w ziszczenie się sprawiedliwości, wierzą, że nienormalny stan minie, że sytuacja zmieni się na lepsze. W obecnym stanie rzeczy nie ma ludzi, chcących wrócić do Kraju, choć wszyscy tęsknią za Polską, z wizją której przemierzyli wiele cudzych ziem. Tęsknią, cierpią i wierzą. Wierzą, że nadejdzie czas, gdy porzucą cudze osiedla i najserdeczniejszą bodaj przyjaźń, po to, aby wreszcie zamieszkać we własnych siedzibach na własnej ziemi.

Agata Rola-Bruni
Giornalista, appassionata dell'arte e della natura, ricercatrice nel campo di "momenti polacchi" a Roma.

    RZYM: Portret Marii Leszczyńskiej w Pałacu Weneckim

    Precedente articolo

    LIBAN, KRAJ BLISKI SERCOM POLAKÓW. Prasówka sprzed lat. Część II

    Prossimo articolo

    Potrebbe piacerti anche

    More in STORIA

    Commenti

    I commenti sono chiusi.